Nawiązując jeszcze do mojej dzisiejszej wizyty na giełdzie. Nie mogę patrzyć, na wyglancowane jak jaka, wnętrza samochodów, które ociekają litrami oleju i nabłyszczaczy. 


Rozumiem, auto używane przed sprzedażą należy w jakimś stopniu przygotować do sprzedaży, posprzątać, uprzątnąć gumki leżące pod tylną kanapą i ślady na suficie, ale gdy widzę auto które wygląda niczym napromieniowane przez elektrownię w Czarnobylu i świeci tak, że bez okularów spawalniczych nie podchodź, uważam, że jest w tym coś nie tak!





Auto na giełdzie wygląda lepiej, niż to prezentowane na targach w Genewie, tylko z tą małą różnica, że tam wystawiane są nowości i prototypy, a tu leciwe, przechodzone rzęchy z przebiegiem do negocjacji.
Nabłyszczenie deski rozdzielczej i owszem nie jest czymś strasznym, ale gdy widzę litry tego ekstraktu rozprowadzone po wnętrzu, opony niczym jak po użyciu pasty kiwi, a co najgorsze – komora silnika.
Czasami jako szary ludek chciałbym zobaczyć, czy czasem coś spod auta nie wycieka, czy turbina nie przepuszcza oleju, oraz nie jest pęknięta któraś z uszczelek, niestety większość sprzedawców skrzętnie mi to uniemożliwia!


Coraz bardziej dociera do mnie fakt, ze giełda to nic innego jak miejsce, gdzie sprzedaje się to, co nie poszło w internecie, z tzw. podtekstem  – to auto jest dla Ciebie frajerze!
Przepraszam, ale takie dziś niestety odniosłem wrażenie!

NAPISZ KOMENTARZ

Twój adres email nie będzie publikowany.