Wooow – tak mogę powiedzieć w telegraficznym skrócie!

To nie jest moja pierwsza przygoda z wyścigami, ale na pewno pierwsza w kwestii startu w takigo typu imprezie.

 

Gdy Mariusz powiedział mi o tym, że ma pomysł aby swoją starą wysłużoną Corsę poświęcić na wyścig WRAK RACE, zapaliła mi się iskierka w oku. Wiele słyszałem o tym, że takie edycje odbywają się od niedawna w Polsce i stają się przy tym bardzo popularne, więc… dlaczego nie!

Od słowa do słowa wzięliśmy się za przygotowania, więcej o nich można przeczytać, w artykule „w drodze na Wrak Race” .

 

Dziś tj. 24.11.2013, budzik dzwonił nieubłaganie po godzinie 4 rano, szybka krzątanina i po godzinie 5 wyruszyliśmy zestawem Audi A4 quattro + laweta z naszą Corsą Destruction Derby – budziła strach innych kierowców, gdy spojrzeli jej w maskę :)

 

SONY DSC

 

 

W pierwszym momencie zrobiliśmy rekonesans, a podróżujące z nami niewiasty wylosowały dla nas numer „29” – czyli start w 3 grupie, ponieważ w każdej może brać udział maksymalnie 13 załóg [wszystkich było 64].

Zatem mieliśmy jeszcze godzinę na to by dopracować ostatnie rzeczy w poczciwej Corsie 1.2, nie bez powodu w masce wycięliśmy dziurę, by poprawić dopływ powietrza, lecz mieliśmy problemy z uszczelnieniem filtra… cóż pojechaliśmy na żywioł.

 

Przy starcie pierwszych ekip, przyznam że poczułem miękkie nogi, zderzenia, latające kamienie spod kół, ryk silnika – ponieważ większość aut na tej błotnisto-wyboistej trasie traciła tłumiki, jednym słowem motoryzacyjny kataklizm, ale w pozytywnym tego słowa znaczeniu.

 

 

Statystycznie w 5 wyścigach 30-35% załóg nie kończyło wyścigu, ponieważ a to urwała się tylna belka bonusowo z kołami, wyszła korba bokiem w silniku, przegrzał się motor, albo po prostu zniszczenia były tak duże że uniemożliwiały kontynuowanie jazdy.

 

Przygotowania…

Puls siegał 150 uderzeń/min, kask na głowie i obmyślanie taktyki, nie znaliśmy toru jak inni uczestnicy, bo nie ukrywajmy, ale większość z załóg to weterani, którzy startują już kolejny raz. Zauważyłem nawet w niektórych autach chłodnice wyprowadzone w miejsce tylnej kanapy, oraz modyfikacje na pograniczu regulaminu [orurowanie].

Stawialiśmy przede wszystkim na technikę, ponieważ 45-konna Corsa nie miała szans chociażby z Hondą Prelude na prostej, która mieliśmy w swojej grupie.

 

Jedno jest pewne! Mieliśmy na 100% najgłośniejszy fanclub który przyjechał z nami z Łodzi, włącznie 9 osób, w tym nasz pomysłowy mechanik „Stolar”, który znalazł na wszystko rozwiązanie, począwszy od :

1) Pozowania na tle konkurencji

2) Odpoczynku na dachu

3) Poprawek przy wydechu

4) Oraz kibicowania nam na rękach – czym wzbudził chyba największe zainteresowanie publiczności ;)

 

Start…

Pierwsze „kółko” wykonaliśmy zapoznawczo z safety carem, wtedy też tak na dobrą sprawę zamarłem ponieważ, nie miałem wcześniej okazji zobaczyć toru z drugiej strony. A Tam niespodzianka, 2 „hopki” i bagnisty teren z błotnymi koleinami na wysokość 10-15 cm. [później na tym odcinku była największa walka, nie z zawodnikami a z tym by nie ugrzęznąć na amen].

 

Już na pierwszym okrążeniu, przekonaliśmy się z Mariuszem, że nie każdy przyjechał tu dla zabawy, po tym jak dostaliśmy mocnego strzała od tyłu – na szczęście kaskiem zatrzymałem się na słupku, a nie głową – odpuściliśmy „Panu Hołowczycowi”.

Ale kilka sekund później 2 zawodników pozbawiło nas lusterek bocznych… niestety środkowe 10 minut przed startem zostało w rękach naszego mechanika Stolara, który próbował przyczepić do niego kamerkę typu GoPro.

PS. Zapomniałem dodać, że w momencie startu, pękła nam linka od ręcznego, więc gdyby kamień uszkodził układ hamulcowy……..

 

 

Po kilku spokojniejszych okrążeniach, w Mariusza wstąpiła energia i postanowił pójść na całość, w zakrętach dohamowywał niczym Robert Kubica lewą nogą w ostatniej chwili, balansując na granicy przyczepności. Nawet nie przeszkadzał mu gruz na jednym z zakrętów, który uderzał niemiłosiernie o podwozie okaleczając układ wydechowy.

 

Wyścig co prawda zaplanowany był na 30 minut, lecz pierwsze załogi odpadły już po jakiś 5-10 minutach. O dziwo Corsą jeździliśmy do samego końca, wytrzymała tempo, ale przede wszystkim była w stanie dojechać o własnych siłach do mety.

Jak na pierwszy raz to bardzo dużo! A mimo wszystko jestem w szoku, ponieważ podczas codziennej jazdy zdarzy mi się wjechać w niewielką dziurę i złapać kapcia w ciągu kilku chwil, tak podczas tego wyścigu, pokonaliśmy setki znacznie większych dziur, przejechaliśmy po dziesiątkach cegieł, prętów, kamieni itd – a koła całe! Może trochę felgi pogięte ;)

 

RELACJA WIDEO Z DZISIEJSZEGO WYŚCIGU : 

moto-opinie.COM radzą : była to dla mnie na pewno niesamowite przeżycie i dawno 30 minut nie dało mi takiego „resetu organizmu” czułem się jakbym dopiero co wyszedł z masażu relaksacyjnego i patrzył się błogo przed siebie…. a tu pobojowisko, dymiące silniki, palący się Ford KA, zapach przepalonego oleju, swąd gumy. Niczym po wojnie – motoryzacyjnej! Cóż radzę odważnym by sami spróbowali takiej formy amatorskiej rywalizacji – wrażenia murowane!

 

 

2 komentarze

NAPISZ KOMENTARZ

Twój adres email nie będzie publikowany.